Archiwa kategorii: Dziwności

Rosée D’hibiscus

Gość wprost z Kanady, dostał się w me ręce w czasie pobytu w Strasburgu, kiedy to myślałem, że wybieram alzackie piwo. Obawiałem się, że piwo nie wytrzyma transportu: z braku miejsca w normalnej przestrzeni bagażowej podróżowało przy kole zapasowym, gdzie było nieco cieplej aniżeli wewnątrz kabiny. Z zachwytem stwierdzam jednak, że nic mu się nie stało, a aromat unoszący się ponad granicami szkła pachnie wybornie. Jest jednocześnie kwiecisty i kwaśny z zaznaczonymi nutami kolendry i wspomnianego przecież hibiskusa. A mimo tego ma jeszcze czas by pachnieć piwem, tak po prostu piwem co dodaje mu uroku, prostego, ale ponad przeciętnie inteligentnego kumpla z sąsiedztwa.

rosee-dhibiscus_piwnakompania-wordpress-com-2

Całość mocy hibiskusowej ukazuje w smaku, atakuje on z początku oraz na końcu, w między czasie oddając pole goryczy i kolendrze. Smaki zostawiają po sobie poczucie kwasowości, staje się ona istną poezją łączącą dalekie od siebie style w wybitnie pijalną całość. Nawet podniebienie odczuwa cierpkość, czuję jakby piwo schodziło schodami w dół przełyku zostawiając po sobie kamyczki w postaci bąbelków. Wyglądem przypomina zachód słońca zapowiadający silny wiatr na następny dzień: mocno czerwone z cirrusami czyli pianą na czele.

rosee-dhibiscus_piwnakompania-wordpress-com-3

Zapach 9;

Smak 9,5;

Wygląd 9,5;

Ogólnie 9,25

Wielkopolski Piwosz

  • Kraj pochodzenia: Kanada
  • Kupione: Le Village de la Biere, Strasburg
  • Cena: 3,5 Euro

rosee-dhibiscus_piwnakompania-wordpress-com

Złodziejskie ARA

Trafiają się czasem piwa, które dają zbyt wiele nadziei na zaskoczenie, impuls i powiew nowości. A gdy nadejdzie chwila kosztowania zamiast spodziewanej radości z odkrycia nowego następuje czas zawodu. Tak, wszyscy uwielbiamy ,,ameryyykanske” chmiele, piwna rewolucja w dużej mierze opiera się właśnie na nich. Jednak mają one to do siebie, że są intensywne i dominujące i zdawałoby się, że w połączeniu z pieprzem będą trampoliną dla pikantności płynącej na okręcie demokracji jaką jest gorycz.

Złodziejskie ARA_piwnakompania.wordpress.com

Wydawałoby się. I tu także wybijają się moje zawiedzione nadzieje, choćby nawet odrobiny ostrości nie można się w nim dopatrzeć, co nie znaczy, że pieprzu krzty nie ma. Jest, ale oziębły i bezbarwny smak. Wielbicieli żyta zadowoli zapewne ciemniejsza barwa piwa migocząca filigranowo zbożowym kolorem, a solidna piana umili dalsze wpatrywanie się w szklanicę. Piwo iście okazało się złodziejskie, ukradło me nadzieje i radość, że oto doznam nowych smaków, co najmniej nie banalnych.

Zapach 7;

Smak 4

Wygląd 8

Ogólnie 5,5.

Wielkopolski Piwosz

Złodziejskie ARA_piwnakompania.wordpress.com 6

Pisać o zdawkowym piwie więcej niż słów kilka okraszonych ostrą puentą to zbrodnia przeciw powadze, niezawisłości oraz wolności dziennikarskiej. To zbrodnia przeciw wolnemu słowu. To zbrodnia coraz bardziej znajoma, zakradająca się pod płaszczykiem pitolenia o bezpieczeństwie, pod ignorancją i krótkowzrocznością. To wreszcie zbrodnia, o której wielu z nas już zapomniało i nie chce sobie o niej przypominać nawet w obliczu dwóch napakowanych jegomości: Łysego Faktu oraz Wytatuowanego Wniosku. Nie popełnię tego bestialstwa, oj nie!

Złodziejskie ARA_piwnakompania.wordpress.com 5

W trzech słowach: dziwny? nie tutaj! Zachęcony tak specyficzną etykietą (nie tylko dlatego, że różową, ale całokształtem przywodzącą na myśl dzielnicę neonowych latarni) i obietnicą złodziejskiej, szelmowej nocy w towarzystwie nie dość, że pieprzu to jeszcze czerwonego – wyciągnąłem do tego złodziejaszka rękę, a on zamiast obrabować ze mną bank, ukradł mi portfel i uderzył łokciem w oko. Typowo, rzekłbym ze stereotypową miną pogardy na moich, polskich przecież, ustach. I niestety miałbym rację, bo nie byłby to brutalny żart a pozbawiona barw rzeczywistość. Poczułem przeciętną, bardzo delikatnie nachmieloną, diablo amerykańską (cytrusy plus morele razy słodycz mandarynki) papkę smaków.  No i na domiar złego ten płyn do mycia naczyń oraz osad, niby mandarynkowo-słodki miąższ. Miałki złodziej, kradnący z błahych pobudek, zamiast oczekiwanego idealisty. Szumowina zamiast V. Węch również krzyczy: „mdły szelma! Bo czy to nie zapach zleżałego, lekko zatęchłego pieprzu (niby nuty ziołowe są, ale zadeptane przez ciężki, piwniczny zapach moreli i cytrusów), to morze typowej AIPY oraz perfumowane, sztuczne nuty mogą świadczyć o czymś innym?”-argumentował nos. Tylko oczy, te wrażliwe na pozór narządy poznawcze zdawały się postrzegać to inaczej: mętne, z piękną barwą i pianą koloru waniliowych lodów. Gały nie ustępowały : ” pieniste to piwo niczym usta schwytanego złodzieja, co dynda na stryczku”. W tym się mogę zgodzić z moimi ulegającymi pozorom przyjaciółmi – piwo zawisło na stryczku przeciętnością zwanym, za wykroczenie słowa niedotrzymania i żądz wszetecznych rozognienie.

Złodziejskie ARA_piwnakompania.wordpress.com 4

Zapach 6;

Smak 5;

Wygląd 8;

Ogólnie 5,75;

Smakosz śląski

  •  Kraj pochodzenia: Polska;
  • Cena: 8.90zł;
  • Kupiono: Galeria Alkoholi, Podolany;

Złodziejskie ARA_piwnakompania.wordpress.com 3

BieszCzadowe APA&Z plastrem miodu- porównanie.

Posługując się sprytnie nawiązaniem do przeklimatycznej etykiety piwa rzekłbym, że smak wykazuje wiele podobieństw do diabelskich uroków. Ot, niepozorny smak nie zwiastujący żadnej gorzkości życia całkiem sprawnie przeistacza się z bezbarwnego, ślamazarnego demonka w goryczkowatego potoworka, który mimo swej ogólnej słabizny i braku charakteru długo daje się odczuwać w przełyku. W dość dziwaczny i niekoniecznie przyjemny sposób.

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 9

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 4

Wspomniany demonek mimo szczerych dobrych (złych) chęci nie zostawia po sobie dobrego wrażenia. Na etykiecie nie dostrzeżemy nazwy chmieli, ich brak jest niepokojący, a mój amatorski smak jest w stanie co najwyżej stwierdzić słód pale nadający mu coś z typowego brexitowca. Jednakże jeśli miałaby to być APA to potrzebny byłby aromat ameryaknów, a uwierzcie: piwo nie zionie, prawie niczym. Pachnie co prawda, ale tak słabo i wątło, że można się przerazić czy czasem nie straciło się czucia.

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 2

Dzięki Bogu w pobliżu zawsze mam Tatrę dzięki, której testuje swój węch: jeśli przestanie mi śmierdzieć, a zacznie smakować rzucam tą robotę! Wyglądem nawet nie próbuje czarować, jest jak diabeł znużony swą powtarzającą się nieskończoną codziennością (,,znów grzeszą, znów trzeba karać, odpocząć nie dadzą”), a petentów czekających w kolejce tylko przybywa. Zostawiając niuanse z boku. ciemno złote praktycznie bez piany.

Zapach 1; Smak 3; Wygląd 6; Ogólnie 3,5.

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 6

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com

Drugie piwo przeze mnie kosztowane jest absolutnie inne od poprzednika i na wejściu już wpasowuje się w swój styl, pachnie naturalnie i mocno ciemnym miodem! Umysł prędko odleciał w niebyt przypominając sobie coroczne festiwale słowiańskie w Gnieźnie, gdzieś tam musiałem kosztować pewien niebywale zapadający w pamięć miód pitny. Wspomnienie objawiło mi się tak jasno jakbym sam oberwał piorunem od wściekłego Zeusa.

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 7

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 3

Smak nie jest skomplikowany, czysto miodowy i co najważniejsze nie słodki. Piwo jest absolutnie poprawne, wygrywa dzięki prostocie, nie udawaniu czegoś czym nie jest. Nawet piana trzyma się lepiej, choć skromnie to wytrzymuje całą sesję zdjęciową i zostaje do końca. Zastanawiam się jakby smakowało to piwo w połączeniu z cytrusowymi chmielami, czy powstałoby kombo nie do wypicia czy może weszlibyśmy na nowy poziom craftu? Podsumowując jednak: piwo jest proste i dobre, diabły z Bieszczad idźcie tą drogą!

Zapach 7; Smak 7; Wygląd 9; Ogólnie 7,5.

Wielkopolski Piwosz

  • Kraj pochodzenia: Polska
  • Kupione: Nihuhu nie wiem, gdzieś w Rzeszowie.

Bieszczadowe_piwnakompania.wordpress.com 8

revolta Earl Grey AIPA

Dziś będzie o herbacie, jednej z moich namiętności, katalizatorze moich myśli i pełnej czarce codziennych medytacji. Czytacie bowiem Wyznania Herbatysty, którego dwa piękna zostały magicznym, piwowarskim sposobem złączone w jedno. Nie sposób było już samemu szkłu odmówić opacznie pojmowanej herbacianości: tej kojarzonej z herbatką Sagą ( parzoną bez miśka naturalnie, bo ów pluszak więcej posiada smaku niż całe opakowanie tej małmazji ) w PRL-owskiej szklance, a jakże: na chybotliwym spodeczku, której złapać się nie da póki napar pozostaje w temperaturze wyższej aniżeli pokojowa. Co więcej ktoś pokusił się o dodanie smaku owej esencji poprzez dorzucenie, niezwykle oszczędnej, kapki cytrynki ( wzmacnia odporność najlepiej, zaraz po „prądzie” ). Rzec, że barwa jest nie na miejscu, to stoczyć się w eufemizm tak głęboko, że nawet najdzielniejsi, pełnokrwiści śląscy „grubiorze” poddaliby się w połowie drogi. Jako, że często stawam okrakiem między „szkiełkiem i okiem” a prawdami żywemi, między rozumem a sercem, zmilczałem i zacząłem wąchać. I doznałem szoku. Gdyby tak pachniała Saga to, oprócz nierozłącznej laski cynamonu, nosiłbym w kieszeni torebkę, ba, całe pudełko! Zapach jest niczym przekomarzająca się kapela jazz’owa. Perkusja, narzucająca tępo muzycznej konwersacji, wydaje z siebie soczyście bergamotkowe nuty – aromat porannego Earl Grey’a. W sukurs za nim, nieśmiało niczym głaskane pianino, nagietek ubogaca zapachowe brzmienie, lecz gdy tylko zachrypi cytrusowa trąbka budzą się i klawisze kwiatowego aromatu. Cóż to za pobudka, która rozlewa się dreszczem oraz gęsią skórką! Znów przycicha, niby rozmówca zmęczony przepychaniem się na argumenty i zostawia przeciągły głos cytrusowego instrumentu dętego… Nie! Zachrypniętej cytrynie, niby w pół zdania, przerywa żywiczna wiolonczela. I tak kłócą się w najlepsze, pląsając po moim nosie. Zawąchany chcę, by to trwało wiecznie – zapominam o czasie, przenoszę się na tą tłustą od papierosowego dymu, rozlanego martini oraz muzyki, koncertową salę, gdzie dźwięczną wymianę zdań prowadzi ów kwartet woni. Zafascynowany koncertem zapominam o drinku, który sączę, miał on jakikolwiek smak? Przypominam sobie, cytrusową gorycz, wpieraną przez jej pieprzną kuzynkę – jednak ledwo co idą upojone swoją własną przeciętnością. Gdzieś tam, spomiędzy nich stara się wydostać kwiecista bergamotka jednak ich gromkie, pełne intensywności krzyki skutecznie ją zagłuszają. Wzruszam ramionami, bo przypomnieć jestem sobie w stanie tylko to – znaczy, że całość daleko była od godnej zapamiętania. I znów, tym razem kompletnie bezwiednie, wwąchuję się w już pusty kufel, a kwartet gra coraz ciszej. I ciszej. Brzmi niczym gramofon pośrodku pustyni słyszany z pędzącego donikąd samochodu.

revolta_piwnakompania_02

Zapach 11 ( najlepiej pachnące piwo, do tej pory );

Smak 6;

Wygląd 5;

Ogólnie 7 (gdyby ktoś jednak dał powąchać…)

Smakosz śląski

  • Kraj pochodzenia: Polska;
  • Kupiono: Dobry Chmiel, Katowice;
  • Cena: ~9zł.

revolta_piwnakompania_03

Piernikowy Foch

Święta odeszły już w niepamięć, powigilijne potrawy dawno już zostały zjedzone a kilogramy przybrane. Znów można zapakować sztuczną, pamiętającą jeszcze dobra na kartki choinkę w kaftan bezpieczeństwa i wysłać do pomieszczenia bez klamek – piwnicy. Z półek ustępują czerwone kubraczki, czapeczki oraz krasnonose reniferki, robią miejsce innym a jeszcze bardziej potrzebnym bibelotom. Zupełnie-nie-kiczowatym pamiątkom z wakacji olinklusif. Nietrafionym prezentom, których-przecież-jeszcze-nie-wyrzucisz. Beznadziejnie przepięknym ozdobom z Ikei. Ustępują wprost w czułe ramiona kartonu, który ukołysze je swoją szafianą pieśnią. I gdzieś w tym wszystkim otwieram piernikowe piwo – niby akcent na zakończenie świąt. Korzenne epitafium dla chowanych przedmiotów. Miałem wrażenie, że to Mikołaj przeleciał mi tuż nad głową – tak intensywnie korzennego zapachu nie czułem od zjedzenia ostatniego w tym roku piernika ( pamiętam, jakby to było wczoraj – była to nielukrowana choinka ). Sanie świętego napędzane były czymś jeszcze, nie uwierzycie, kwasem chlebowym, którego aromat towarzyszy piernikom a w takiej jest z nimi komitywie, że pozbawia woń przytyków piw ciemnych: nie odczujesz-li rumu na swoich nozdrzach. Tylko orzeźwiający pstryczek, pośród najprzedniejszego miodu, strzela ziele angielskie oraz skórka pomarańczy. Pomyślałem: „Gdyby tylko smakowało tak, jak pachnie. To zawołałoby donośnym głosem i wskrzesiło święta. Choinka, wyrwawszy się z piwnicznych więzów, zagościłaby znów na swoim miejscu. Na półki wyległyby pochowane przedmioty. Wdzialibyśmy świąteczne swetry…”. Wziąłem łyk. Przez chwilę myślałem, że Mikołaj porwał mnie na swoje sanie – a to kremowość piwa, która zaklinała w swoim smaku obłoki. Ubrane drzewko wystrzeliło spod podłogi, jak na języku zakwitnęły mi korzenie piernikowe. Z półek pozlatywały uwielbiane bibeloty, zepchnięte przez Rudolfa i spółkę, tak jak ja zleciałem z krzesła pod natłokiem piernikowości. Wokół mnie zaczynała materializować się aura świąt, gęsta jak to piwo. Odstawiłem pokal, wszystko wróciło do normalności – tylko patrząc w odmęty kremowego trunku dostrzegałem wigilijny stół. Ująłem szklaną nóżkę, a w uszach zabrzmiało mi: Ho! Ho! Ho! Łyk. Wszystko się powtórzyło. Święta w płynie? Nie, to zbyt liche określenie.

Ekstrakt z piernika.

Uwaga, po wypiciu może powodować nagłe i nieoczekiwane wigilie. Przed użyciem skonsultuj się z Mikołajem, bądź zapoznaj się z Panem Piernikiem, gdyż każde święta niewłaściwie obchodzone mogą zagrozić twojemu życiu lub zdrowiu.

piernikowe_piwnakompania_02

Zapach 10;

Smak 9,8;

Wygląd 9,8;

Ogólnie 9,9.

Smakosz śląski

  • Kraj pochodzenia: Polska;
  • Cena oraz miejsce zakupu pozostają tajne, ze względu na prezentowość tego piwa;

piernikowe_piwnakompania_04

Kormoran Świąteczne

Teraz już wiem skąd Mikołaj i jego renifery mają tyle magicznej mocy by w ciągu jednej nocy zostawić prezenty pod choinkami, pod każdą szerokością geograficzną. Małe, zgryźliwe, a zaraz podstępne elfy poją całą reniferową załogę tym świątecznym trunkiem okraszonym nie małą ilością piernikowych przypraw. Tak znieczulona załoga, nie czująca ryzyka krąży między domami, w niebiosach nad oceanami i wywołuje uśmiech na naszych twarzach. W tym garncu zapachów odnajdziemy dosłownie wszystko co kojarzy nam się z tym grudniowym czasem od intensywniejszego kardamonu, goździka i cynamonu do wspaniałego prezentu jakim jest aromat ziela angielskiego. Cała ta kompozycja przyozdobiona jest..zapachem coli. Dzięki Bogu jest to bardzo filigranowa woń, stanowiąca jedynie o przysłowiowej ,,kropce nad i”. Jeśli bylibyście zaciekłymi poszukiwaczami goryczy w każdym kosztowanym przez Was piwie, zapewne zawiedlibyście się. Na jej miejsce wchodzi słodycz, która ordynarnie podkreśla swe chłopskie pochodzenie, prosto z cukru! Reniferom, w tym celebrycie mikołajowej stajni, Rudolfowi zapewne by nie przeszkadzało. Kolor piwa powoduje u mnie skojarzenia związane z ciemną wigilijną nocą, rozświetloną milionami świeczek, lampek, a także świecącym od gorzoły czerwonym nosem wesołego renifera. W tym właśnie momencie odkryłem rzecz o jakiej się nikomu nie śniło, a mianowicie Mikołaj z pewnością jest pod wpływem piwa, gdyż alkohol powoduje wiotczenie mięśni, rozluźnienie ich. A bez tego jakby skubany z takich brzuchem miał się zmieścić w kominie? Ha! Chrześcijanie-Ateiści 1:0.

Zapach 9,25;

Smak 8,25;

Wygląd 8,5;

Ogólnie 8,75.

Wielkopolski Piwosz

swiateczne_piwnakompania_01

„You better watch out
Santa Claws is coming to town”

Lubił krzyczeć Alice. I ja, pomimo mrocznego wnętrza, kocham wprost święta. Gdyby nie mój wzrost i aparycja zostałbym elfem by pomóc ( w szczególności Santa Claws’owi ) w produkowaniu prezentów takich jak tatuaż z Ozzy’m. Podczas rzeczonego okresu przemieniam się ze zwyczajowego, codziennego Grincha w dziwnie radosne stworzenie odziane w glany. Uwierzcie mi: dziwo nad dziwa. I tak poruszam się od ukochanych pierniczków w towarzystwie mleka, poprzez wgapianie się ( w nieobecny ostatnio ) pruszący śnieg z imbirowo-korzenną herbatką w ręce, do wesołego podśpiewywania (There’s no presents not this Christmas/ There’s no presents /Tom and Jerry drinking sherry/ They don’t give a damn ). I co dostaję, jako piwny łasuch świąteczny? Prezent od kormorana łączący pierniki z piwem. Jeżeli to zepsuli to przez najbliższe milenia będą katowani lecącym non stop: It’s Christmas ( zaraz, czy i my nie jesteśmy czymś takim bombardowani zewsząd? ). Ależ długi ten wstęp, kończ już waść, bo choinkę wsadzą Ci tam, oo tam! Cóż tak działa na mnie nastrój okołoświąteczny -gdzież mój odwieczny, zrzędliwy Grinch?

Gdy tylko powąchałem to piwo wiedziałem: nie może być źle – tak przepięknie kawowego a zarazem korzennego ( dominują tutaj goździki oraz ziele angielskie ) aromatu szukać z lampionem, reniferzym nosem lub spadającą z nieba kometą. Co ciekawe – daleko mu do piernikowości, bardziej niczym świeżo roztarte w moździerzu korzenie, jeszcze kręcące w nosie, doprawione… rumem. Nie jest to nic dziwnego – ciasta bardzo często nasącza się alkoholem, a tutaj nie przeszkadza owa nuta w stopniu najmniejszym, co więcej: łagodzi zapachy korzenne i tworzy z nich mieszankę, od której nie chce się odrywać nosa. Mój wewnętrzny skrzat szaleje, podskakuje i sięga łapczywie do pokala. Cóż mam zrobić, jak nie poddać się wewnętrznym żądzom, gdy po spróbowaniu aże odginam się w tył jak Antonio Banderas? Mój język zbombardowany został świętami w płynie: delikatna paloność, niczym pojedyncza świeczka na stole wigilijnym, korzenność stawiająca włosy dęba i język w gotowości na największego piernika z jakim przyszło mu się zmierzyć oraz imbirowo-pomarańczowy finisz zostawiający mnie w pełnym odświeżeniu. Wybitnie łatwo, pomimo mocy ekstraktu oraz woltarzu, pić je i pozostać rześkim. Bardziej zdumiewający jest tylko sposób w jaki Mikołaj odwiedza wszystkie dzieci w jeden wieczór! Postawiłem w kącie elfiego rozrabiakę i zapytuję sam siebie, mojego pielęgnowanego przez lata, starego, cynicznego, zgorzkniałego i sarkastycznego Grincha: jest się do czego doczepić? Choć w wyglądzie? Zielony stwór mówi: zawsze jest się do czego przyczepić, ale magia świąt wygrała nawet ze mną – kiedy kończył to zdanie wyrosła mu siwa broda. Przyjrzałem się trunkowi: ciemny jak bezgwiezdna noc, obleczony piękną pianą, niczym dym z kominów i pianka z espresso, pod którą przebłyskuje burgund rudolfowego nosa. Obróciłem się, by porównać opinię z Grinchem, usłyszałem tylko znajome: „Ho, ho, ho!” i zamiast zielonego ludzika zobaczyłem obleczonego w czerwony kostium staruszka. Transformacja dobiegła końca.

Niech żyją pierniki!

Wesołych świąt!

Zapach 10;

Smak 10;

Wygląd 10;

Ogólnie 10;

Smakosz świąteczny

  • Kraj pochodzenia: Polska;
  • Kupione: Galeria Alkoholi Podolany, Poznań;
  • Cena: 7 zł,-.

swiateczne_piwnakompania_02

Kociamber

Niesłychaną przyjemnością są dla mnie momenty, gdy późnym letnim wieczorem spożywam niebanalne trunki z opisem w ojczystej gwarze, która łamie mi język i sponiewiera umysł swą pisownią. Natura kota bywa przewrotna, raz po raz każe się głaskać, a w innym czasie przechodzi niewzruszony zamaszyście kręcąc ogonem. Pod podobny opis podchodzi mi to piwo, które głaszcze mnie swym chmielowym, cytrusowym aromatem, a sekundy później nuty kiwi skaczą po mym kluku wdzierając się, aż po czubki kory mózgowej. W domniemanym kocim gangu, ten kociamber odgrywałby pierwszoplanową rolę. Hormony pod postacią goryczy, nie natrętnej, a wytrawnej, a także kwaskowatości ukrytej w pestkach tego trunku powodują, iż kot na etykiecie jest szałowy i ekstrawagancki niczym Garfield. Choć ogólne wrażenie odnoszę takie, iż posmak zielonego owocu mógłby być silniejszy, jego odczuwanie na końcu smakowania jest krótkotrwałe jak czas spożywania najlepszej karmy przez czworonoga. Co istotne to fakt, że piwo ma zielonkawą rysę w wyglądzie, rzuca się cieniem na złocistej barwie. Co równie szlachetne to piana, nie znikająca nawet w czasie gdy kociamber dawno już poszedł kimać.

Zapach 9;

Smak 9;

Wygląd 9,5;

Ogólnie 9.

Wielkopolski Piwosz

Kociamber_piwnakompania_1

Piwo z kiwi – spodziewałem się dziwnego kocura z jednym okiem, bez ogona i do tego o zielonej maści – a tu zaskoczenie, bo nie jest to nawet dachowiec a kot z rodowodem. AIPA w całej swojej krasie z ciekawostką w postaci włochatego owocu pałętającego się własnymi ścieżkami między smakiem a zapachem. Najpierw zawitał w woni, gdzie zastąpił morelę oraz dogadał się z tytoniem, po czym wyszedł równie szybko i cicho jak się zjawił, zostawiając za sobą zbyt kwaśne ( a u mnie powodujący mrowienie tyłu języka jak po spożyciu kiwi ) nuty zapachowe, których nie można nazwać orzeźwiającymi. Po drodze wdał się w bójkę z chmielem, przez co gorycz nabrała cierpkich sińców. Lekko obdarte i poobijane kiwi zawędrowało do smaku, gdzie, prócz wspomnianej waśni z chmielem, namieszało to licho nielicho – tworząc ciężki a cierpki finisz oraz przynosząc zwłoki dogorywającego orzeźwienia utopionego w powyższych. Mimo swojego charakterku kotek ma rodowód – to widać: piana, może nie najwyższa, ale drobnoziarnista, osiada tam gdzie powinna, a mętnawy, ciemnozłoty kolor potwierdza arystokratyczne korzenie. To jednak trochę za mało, by nadrobić za swój charakterek. Jeżeli to piwo faktycznie byłoby kotem to byłoby wredne co najmniej jak swój internetowy stereotyp. Można o mnie powiedzieć wiele rzeczy, jak i to, że jestem po równo kociarzem jak i psiarzem, ale w wydaniu Szału Piw poproszę jednak o Kejtra!

Zapach 8;

Smak 6;

Wygląd 9;

Ogólnie 7.

Smakosz śląski

  • Kraj pochodzenia: Polska
  • Kupione: Galeria Alkoholi Podolany, Poznań
  • Cena: ~7,4 zł,-

Kociamber_piwnakompania_3