Szczerze, o dwóch makach przy ruchliwej drodze.

W pogoni za światem? Nie wiem czy to ów wieczny bieg jest winowajcą, czy bardziej już skutkiem – wiecznego, niemalże zwierzęcego poszukiwania niezobowiązującej przyjemności? Pojęcia nie mam, ale takie poczyniłem obserwacje – bo ludzie, gdy tak na nich spojrzeć to dziwny gatunek, a razem z przyrostem warstwy kurzu pokrywającej mój akt urodzenia, wzrasta moje niezrozumienie. Nie ma we mnie niechęci, bo ludzie ze swoimi dziwactwami potrafią być istotami pozytywnymi, ale czuję się wyobcowanym stworzeniem. Niemalże jakbym się odczłowieczał – co więcej nie rodzi to we mnie smutku a raczej apatyczne przytaknięcie. Gdy obserwuję otaczający mnie świat nie mogę wyjść z szoku – kim są te nasrożone istoty, które mijam, co to za stworzenia z hedonistycznie szalonym wzrokiem, z czego ulepiony jest ten tłum bez dumy co ugnie kark i wychwalać będzie z taką samą łatwością. Czym jest ten świat, w którym piękno musi krzyczeć, by w ogóle je zauważono. Czyż te pokraczne istoty nie utonęły w wygodzie, tak do niej przyzwyczajone, że nie potrafiące zadać sobie trudu jednej myśli dziennie. Nie pojmuję ich, tych ludzi, co boją się przebywać z samym sobą i w ciszy, żeby nie wyszło na jaw jak puści są w środku. Przyjdą jeszcze prostsze rozrywki – i już niczego nie będą musieli… Nie, nie jestem Prorokiem Końca – tak bezgranicznie pewnym, że na błysk jego żywota przypada okres zmian, choćby i takich, po których nie będzie już nic. Jako gatunek, ludzie podlegają nieustannej ewolucji – widocznej bardziej aniżeli u innych zwierząt, bo dotykającej najpotężniejszego organu na tej planecie najmocniej ze wszystkich: mózgu. Ludzka mentalność zmienia się, częściowo na dobre – zaczynamy zdawać sobie sprawę z ceny jaką płacimy za nasze czyny (przynajmniej jakaś część) – mimo że szafujemy niektórymi hasłami z zaskakującą łatwością i robimy z nich mody (eko-moda, slow-moda, fit-moda. Tego, czy się cieszyć, że nie ma myśl-mody, czy też się smucić nie wiem), które jednak okazują się, na religijną modłę, najprostszym i najefektywniejszym sposobem na manipulację, czy może utrzymywanie w ryzach, gatunku ludzkiego. Moda stała się religią człowieka – zastępując skostniałe świątynie na galerie handlowe. Nie upatruję w tym końca, raczej rozdroże. Mój idealizm każe mi wierzyć, że ten dziwny gatunek wybierze drogę ku umysłowi, zostawiając ciało w jego władaniu. To znów mój rozum uznaje, że Obywatele wybiorą inaczej, hedonistycznie i wygodnie – oczywiście nie ma tak prostego wyboru dwóch ścieżek, bo jest ich nieskończenie wiele, jak i spośród nich nie ma słusznej. Może oni, ci ludzie, spostrzegliby więcej, gdyby o tym pomyśleli dłużej i traktowaliby z należnym temu przestrachem. Wygodnictwo tego gatunku, tak jak ciekawość, jest najlepszą i zarazem najgorszą jego cechą – i mimo że te dwie cechy są przeciwstawne, to każdy człowiek posiada jedną i drugą. Gdy jednak wykarmione dobrobytem wygodnictwo połączymy z dziwnie nieobecną ciekawością – cóż dostaniemy dystopijny niemalże obraz świata, wypełnionego po obrzydliwie regularne brzegi, prostotą rozrywki (z arenami na których odbywają się walki gladiatorów) i brakiem potrzeby samodzielnego myślenia. Świat, w którym piękno musi kopać człowieka w twarz, by ten pojął, że na nie patrzy. Ale tak nie będzie, prawda?

Zmierzając do miejsca pobierania wiedzy, na wysoką po samo niebo magową Wieże, zauważam dwa maki trzymające się życia na stromym poboczu istnej rzeki aut płynącej w dole. Uśmiecham się tylko na chwilę, potrzebną myślom na zebranie się wokół śmiesznego gatunku ludzi. Rozglądam się, nie chcąc być tendencyjny, obok mnie siedzi człowiek w pełni wieku: wąs, brzuch, sandały, nos w gazetę i a usta w rechot – dział o politykowaniu, artykuł, że komuś coś nie wyszło. Maki ledwo żyjąc, wsłuchane w wieczny, niby-morski szum samochodów dumnie podnoszą głowy i wpatrują się w słońce. Czerwone niczym świeża krew zabitego gladiatora. Znów spoglądam na wielbiciela gazet prawie czuję zapach posoki na piasku i słyszę rozhuczany tłum. Odwracam wzrok. Rozmawia ze sobą dwóch przedstawicieli istot ludzkich – nieświadomie przysłuchuję się. Ich rozmowa oscyluje wokoło miejsca plemiennego kultu: Klubu oraz dzikiej, nieskrępowanej kopulacji z ludzkimi samicami, jak i na rytualnym, przynoszącym szacunek wśród współplemienników, spożywaniu trunku od bogów w zatrważających ilościach. Kołyszące się w rytm rzeki samochodów kwiaty zaczynają tańczyć ze sobą do rytmu mocnego wiatru. Nie łamią się, przyzwyczajone do ekstremalnego otoczenia i bycia ignorowanymi. Smutek już nie odchodzi – zastanawiam się, czy ten gatunek jest ślepy? Może niektórzy nie dorośli do tego by mieć zaspokojone podstawowe potrzeby ciała – potrzebują potrzeby polowania. Nie przekuwają czasu w istotę – bez bicza nad głowami w postaci śmiesznych posążków czy nieposzanowania innych przedstawicieli gatunku, pozostają elementem biernym – który, by spostrzec rzecz urokliwą musi być przez nią zaatakowany. Smutne to życie, tylko ze skaczącym do twarzy, nachalnym pięknem. Maki pozostały niezauważone, do czasu, gdy kolejny człowiek nie obdarzył ich uśmiechem, jakim to obdarza się rzeczy cudne. Bo przecież była taka osoba, prawda?

Choć maki wcale istnieć nie musiały, istniało poszukiwanie piękna. W myśli tysiącu, w rozmowie nie o dzisiaj ani nie o jutrze, we własnym, jak i częściej, czyimś wnętrzu, w tajemnicach, których nikt nie dostrzega, w zmyślaniu. A piękno nie może istnieć bez brzydoty – widząc więc jedno, dostrzec można i drugie. Bo przecież każdy MA swoje intymne piękno, nienarzucone i osobiste, prawda?

Smakosz śląski.